Dzisiaj mija 19 lat odkąd się wyprowadziłam z Kanady. Zawsze mnie ludzie pytają „Czemu to zrobiłaś?” Odpowiedź tak naprawdę brzmi: Nie miałam wyboru.
Miałam 13 lat kiedy dowiedziałam się, że nasz dom został wystawiony na sprzedaż i że przeprowadzamy się do Polski. Niecały rok później już byłam w samolocie i leciałam do kraju, który kojarzył mi się z wakacjami. Ale tym razem to było na stałe.
Za mną zostawiłam ukochany dom w którym udało nam się pomieszkać jedynie 6 lat. Do tej pory ten dom mi się śni jako miejsce w którym byłam najszczęśliwsza.

Zostawiłam wszystkie swoje meble oprócz jednego krzesła.
Zostawiłam przyjaciółki i znajomych. Tylko jednej osobie powiedziałam, że się przeprowadzam i to dzień przed przeprowadzką. Nikt inny nie wiedział ponieważ posłusznie nikomu nie zdradziłam sekretu.
Zostawiłam wszystko, co znałam. Ale wyleciałam z nadzieją, że w Polsce będzie dla mnie świeży początek.
Dzisiaj nie będę opowiadać o tym, że było ciężko ale sobie poradziłam i jest super. Prawda jest taka, że ta zmiana była ogromną traumą.
Na początku było mówione, że jak nam się nie spodoba w Polsce to zawsze możemy wrócić. Jakże zdradzona się więc poczułam, gdy po kilku miesiącach życia w Polsce płakałam, że chcę wrócić i powiedziano mi, że już nie ma powrotu.
Nie było mi łatwo nawiązać nowe znajomości, ale zostałam przyjęta przez grupkę dziewczyn za co byłam bardzo wdzięczna. Niemniej, miałam trudności z wysłowieniem się, wyśmiewano się ze mnie za mój akcent i sposób wyrażania się. Czułam się niezrozumiana bo nikt nie znał moich bajek z dzieciństwa, nie żył nigdy w moim świecie, nie wiedział o czym mówię. A ja nie wiedziałam o czym oni mówią.

Poświęcałam dziennie po 5-6 godzin na odrabianie lekcji i nadrabianie zaległości. Większość tej pracy to była czysta pamięciówka ponieważ nie rozumiałam większości słów. Nie znałam żadnych słynnych polskich nazwisk, nie umiałam ładnie pisać po polsku, nie wspominając o tym, że z praktycznie zerowej znajomości francuskiego (tak, w Kanadzie wbrew pozorom nie wszyscy mówią po francusku) musiałam stać się komunikatywna w przeciągu pół roku.
Każdego dnia jak jechałam do szkoły mijałam kościół i starałam się znaleźć jakieś ukojenie w dźwiękach dochodzących z głośników. Zaprzyjaźniłam się z malutką jabłonią, którą codziennie z okien autobusu mijałam, rozmawiając z nią w swoich myślach. Dochodząc przed szkołę uzbrajałam się w odwagę, by przekroczyć jej próg i spróbować ukryć jak bardzo się bałam. Tak bardzo się starałam odnaleźć w nowej rzeczywistości.
Ale długi czas nie wiedziałam czy 1zł za przejazd to dużo czy mało. Ani czy 4+ ze sprawdzianu to dobra ocena, czy nie. Bałam się na każdym kroku popełnić gafę. Nie byłam przyzwyczajona do zwracania się do dorosłych per „pan/pani”. Możecie sobie wyobrazić jak ludzi na to reagowali 😉
Pierwsze dwa lata mieszkania w Polsce pamiętam jak przez mgłę. W tym czasie na sto procent włączony był we mnie survival mode. A Kanadę wyrzuciłam z głowy bo „nie było już powrotu”. Natomiast w snach wracała do mnie od czasu do czasu. Ten dom, te ulice i przejścia do parku mnie nawiedzały. Znajome twarze i uczucie, że mogę to wszystko w końcu znowu zobaczyć! Ale czar prysł za każdym razem, gdy nad ranem budziłam się w Polsce, a Kanada pozostawała niemożliwie nieosiągalna.
Do niedawna. Bo po 17 latach w końcu do niej wróciłam. Ale o tym w następnym wpisie.
